Pani D. na ramieniu

Masz kilka dni spokoju. I te dni wydają się ledwie mgnieniem oka. Bo ona znów uderza. Z impetem. Z siłą TIRa. I jesteś znów jedną krwawiąca raną, bo pocięte ciało przecież musi jakoś krzyczeć z bólu, nawet jeśli Ty tego nie robisz.

Myślałeś kiedyś o tym, żeby w końcu umrzeć i mieć wreszcie spokój?

Tak. Pewnie tak. Każdego dnia. Dlatego co noc zerkasz na odłożone tabletki nasenne. Zgromadzone w chwilach najgorszych myśli na swój temat. I leżą tak. Aż znajdziesz w sobie odwagę by w końcu je połknąć. Może dziś. A może nigdy…

Powiesz, że to tchórzostwo? Może masz rację. Że akt odwagi? Pewnie też masz rację. Widzisz, człowiekowi, któremu Pani D. siada na ramieniu, jest wszystko jedno czy ktokolwiek uzna go za tchórza czy bohatera. On po prostu chce przestać czuć. Albo w ogóle istnieć, bo uczucia to pojęcie względne w tym stanie. Jedyne co się czuje, to otępienie, czasem nienawiść do samego siebie. Ale mimo wszystko, najczęściej chce się czuć po prostu ból fizyczny, bo psychika odmawia już posłuszeństwa. Gdy w środku nocy znowu siedzisz sam jak palec, czujesz jak się rozpadasz na setki, tysiące małych kawałków. I nic ani, tym bardziej, nikt nie są w stanie ich poskładać do kupy. Ciebie poskładać.

Nigdy już nie będziesz taki sam. Być może tez nigdy nie uda Ci się dojść do takiego etapu, na jakim byłeś zanim choroba Cię dopadła. Zawsze już będziesz pesymistą, będziesz uważniej przyglądał się swoim emocjom, zachowaniom. Ale najgorsze będzie to, że każde zawahanie nastroju może dla Ciebie oznaczać nawrót choroby i wszystkiego najgorszego, co się z nią wiąże. Nie musi tak być, ale przecież może…

I zwiększasz dawki leków antydepresyjnych. I walczysz z bezsennością. I zmuszasz się do porannej toalety, spaceru z psem czy jedzenia. Czasem wymiotujesz tym obiadem, ale wmuszasz w siebie kolejny kęs. Mimo, że gdy przychodzi noc, masz ochotę się poddać.

Dlaczego więc walczysz? Dla siebie? Jeśli dla siebie, to czemu robisz sobie krzywdę? Czemu się tniesz? Czemu się trujesz? Dla innych? Dlaczego? Po co? Czemu aż tak zależy Ci na aprobacie innych i martwisz się tym „co ludzie powiedzą”? Z jeszcze innego powodu?

A może… Może Ty już nie walczysz… Może tylko czekasz w depresyjnym otępieniu na odpowiedni moment… Piszesz listy, pozbywasz się zbędnych drobiazgów, wysyłasz ostatnie dobre słowa w świat innym ludziom… Może szukasz ukojenia w przygotowaniach do śmierci… Może… Może… Może…

 

  • Ktos

    Dlaczego więc walczysz? Dla siebie? Jeśli dla siebie, to czemu robisz sobie krzywdę? Czemu się tniesz? Czemu się trujesz?
    Nie ma po co zawalczyć o siebie… Ale łudzę się, że nadzieja wróci… Że coś się zmieni, że nie będę sama… A czasami się poddaję i wtedy krzywdzę siebie… Nie zawsze ma się siłę…
    Dla innych? Dlaczego? Po co? Czemu aż tak zależy Ci na aprobacie innych i martwisz się tym „co ludzie powiedzą”?
    Aby nie mówili, że nie wykorzystałam szans. To inni mnie kształtują. Oni tworzą opinie w otoczeniu w którym żyję. Dzięki nim mogę być wszystkim a mogę też być nikim.

  • Anonim

    Czytając dochodzę do wniosku że nie jest tak źle. Nie mam tabletek przy łóżku, nie kaleczę się (boję się bólu).. Owszem, były dni kiedy nie miałem sił wstać z łóżka, często myślę co by było gdyby… Ale chęć życia jest silniejsza. Na razie…