Ciemno, ciemniej, najciemniej…

Pytasz mnie, czy śpię tak dużo, bo muszę leżeć, czy dlatego, że dopada mnie Pani D. Dopada. A w zasadzie już jakiś czas temu dopadła i nie chce puścić…

I siedzę w ciemności. Światło zapalam dla szczurów, żeby nie ześwirowały w ciemnym pokoju, jak ja. Mam ochotę się pociąć. Ale tym razem dotkliwie, boleśnie i głęboko. Żeby trzeba było szyć. I bandażować. I żeby bolało jak sam skurwysyn. Żeby COŚ poczuć… Ale AH! Zapomniałam, że na takie „napięcia” mam tabletki. Tabletki na wszystko. Na szczęście, na smutek, na lęk, na napięcie, na bezsenność…

A potem chcę żeby było ciemno. Ciemno, ciemniej, najciemniej… I chcę zniknąć… Czy to nie żałosne, że chcę tak cholernie zniknąć, a jednak nic z tym nie robię? Czy to znak, że tak naprawdę gdzieś tam w głębi duszy chcę jednak żyć? A może jestem tak słaba, beznadziejna i żenująca, że nie mam odwagi tego zrobić raz a porządnie. Tylko się nacinam jak pieprzona głupia nastolatka…

Chcę uciec, chociaż wiem, że ucieczka nie jest rozwiązaniem problemów. Nie można od nich uciec.

Chodzi dzisiaj za mną piosenka „Mad World” – Gary Jules, znasz? Albo „Hurt” – Johnny Cash. Bardzo lubię Casha. Też był człowiekiem, który cierpiał.

Chcę w sobie zabić emocje… Nie chcę już płakać… Ale jak zabiję wszelkie uczucia, to co mi pozostanie? Będę zimną suką czy raczej zniszczonym, zgniecionym robakiem?

Mam ochotę przemożną wyjść z domu, wsiąść w samochód, pojechać nad morze, zostawić telefon, zostawić wszystko… I łazić tam godzinami… Przemarznąć. Niech wiatr osusza gorzkie łzy. Niech piasek drażni stopy. Niech woda zmywa ból. Niech krzyk mew rozrywa od środka…

I jeszcze to, że zawodzę… Na każdym kroku… Jak takie coś jak ja może zasługiwać na zaufanie, zainteresowanie, jakiekolwiek uczucia od drugiej osoby…?

Zapytaj kogoś, kogo bardzo kochasz jak się dzisiaj czuje. Może wyjdźcie razem na spacer albo wspólnie obejrzyjcie fajny film albo chociaż pogadajcie chwilę przez telefon. Może uda się Wam uratować komuś życie…