Drugie, lepsze (?) życie

Przeczytałam ostatnio ciekawy wpis na temat tego, jak wygląda nasze życie w Internecie i jak bardzo różni się od rzeczywistości. Dlaczego tak jest, że w życiu codziennym marudzimy, narzekamy, pozwalamy sobie na smutek, łzy, bad hair day, brak makijażu i rozciągnięty dres, podczas gdy to drugie życie jest zawsze radosne, my-uśmiechnięci, piękni, w naszym mieście zawsze świeci słońce, a nawet jeśli pada, to przecież dlatego, byśmy mogli tańczyć w deszczu? Jakie konsekwencje może to mieć w przyszłości. Tej dalszej i tej nie tak bardzo odległej. Cóż… Rozwiązania są 3. A może więcej, ale jeszcze ich nie dostrzegam. I nie wszystkie są radosne, jak nasze Instagramowe życie.

Po 1. możemy tak bardzo zaangażować się w wirtualny świat, że zaczniemy zaniedbywać naszą codzienność-szkołę, pracę, rodzinę, przyjaciół, a w skrajnych przypadkach nawet posiłki. To drugie życie jest w końcu tak fascynujące, że nie mam ochoty wychodzić z niego do płaczącego dziecka, jedzenie mogą mi przecież dostarczyć pod same drzwi i nie muszę się spotykać z tą marudną Kaśką. Po co, skoro w Internecie mam same favy, lajki, serduszka, gwiazdki i komentarze pełne ciepłych słów? Dlaczego mam znosić marudzenie męża, skoro tutaj ludzie są zawsze uśmiechnięci, radośni, mają masę energii, inspirują, motywują i chwalą za wszystko? Ci ludzie, którzy są tak samo zakłamani jak my.

Po 2. gdy w końcu zaczniemy dostrzegać, że poza Siecią jednak istnieje jakieś życie, to porównanie obu skrajnie różnych światów może (i jestem tu śmiertelnie poważna) doprowadzić nas do depresji. Możemy odnieść wrażenie, że wirtualny świat jest naprawdę taki kolorowy i piękny. Że różowe okulary nie są tu koniecznością, bo życie jest naprawdę wspaniałe. U innych. Bo tak je opisują i pokazują na setkach zdjęć z Dubaju. A my? Cóż… Zlew pełen garów, kosz, z którego pranie samo wychodzi, niemowlak obsrany po same pachy i wspomnienie z wakacji sprzed 5 lat gdzieś w Chłopach z nieświeżą rybą i starym majonezem. Czujesz już różnicę? Nie potrafimy czasem sobie uświadomić, że to, co inni pokazują, niekoniecznie jest pełnym obrazem rzeczywistości. Skoro my trochę (lub bardzo) zakłamujemy obraz naszego świata, to oni zapewne też. I jasne, że to trochę generalizacja. A może jednak nie…?

I po 3. I ten punkt jest najbardziej optymistyczny, chociaż też najtrudniejszy do zrealizowania. W końcu mamy w sobie tyle odwagi, by zacząć ŻYĆ. Pokazywać piękny Instagramowy świat, który rzeczywiście jest taki piękny. Sprzedajemy lodówkę i udajemy się w podróż do Peru, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć ruiny Inków i rysunki z Nazca (które, notabene, ostatnio zostały zniszczone przez Greenpeace). W końcu znajdujemy w sobie siłę i idziemy do lekarza, żeby zacząć leczyć depresję. Wreszcie uczymy się gotować i wrzucamy zdjęcia ubabranej sosem pomidorowym kuchni i wspaniałego makaronu, który udało nam się przygotować. Żyjemy prawdziwie. Szczerze. Otwarcie. Zachowując prywatność dla siebie, ale pokazując, to co warte jest pokazania.

Kiedyś Gandhi powiedział, że: “Harmonia jest wtedy, gdy to co myślisz, mówisz i robisz pozostaje ze sobą w zgodzie”. Harmonia jest szczęściem. Odejdź na chwilę od komputera i poszukaj go. Bo jedno spotkanie, jedna kawa, jedna wycieczka za miasto, jednak przeczytana książka, jeden spacer z psem mogą wszystko zmienić. Na lepsze.