Psycholog podróżuje – Targ Rybny i Sydney 25.11.2014

Targ rybny jaki jest, każdy wie, widział, kupował. I to w zasadzie żadna konkretna atrakcja turystyczna. Jednak, gdy jesteście w kraju, który żywi się głównie rybami i owocami morza, to na Waszej liście zakupów również nie może ich zabraknąć (no chyba, że ktoś bardzo nie lubi). Każdego dnia w Sydney odbywa się taki targ. Ludzie potrafią przyjechać już o 4.00 rano, by wylicytować świeżego tuńczyka lub inne ryby prosto z kutra. Ale to głównie restauratorzy i pasjonaci rybnych przysmaków. Dla „zwykłych śmiertelników” targ jest miejscem, które warto od czasu do czasu odwiedzić, głównie po to, by zjeść coś pysznego i mieć pewność, że jest to świeże (świeża ryba/owoce morza nie śmierdzą rybą; mają zapach wody, oceanu, ale nie „cuchną”).

Zjeść tam można niemal wszystko, co tylko sobie wymyślicie. Od krabów, ryb, krewetek, poprzez homary, po kałamarnice i ostrygi. Wszystko przygotowywane na Waszych oczach lub sprzedawane surowe (albo jeszcze żywe) do zrobienia w domu.

DSC_0486

DSC_0490

DSC_0491

DSC_0492

DSC_0494

Oczywiście towarzystwa dotrzymywały mewy i ibisy, których co prawda nie można było dokarmiać, ale fantastycznie radziły sobie z wygrzebywaniem resztek ze śmietników.

DSC_0514

DSC_0520

DSC_0526

DSC_0556

Poza morskimi stworzeniami, można jeszcze kupić tam wiele różnego rodzaju owoców, warzyw, serów, wina, pieczywa i innych wyrobów, których nie dostaniecie raczej w marketach.

DSC_0561 DSC_0562

DSC_0565

DSC_0566

DSC_0569

DSC_0570

Po wizycie na targu, przyjemny może być spacer po mieście. Sydney, jak zawsze, oczarowuje swoją wielkością i multikulturowością.

DSC_0576 DSC_0583

Jednym z dziwniejszych uczuć, jakie mi towarzyszyły podczas wyjazdu, to takie… Hmm… Coś dziwnego było w tym, że dookoła choinki i 30 stopni, a ja w szortach i jeszcze mi gorąco ;)

DSC_0587

DSC_0591

DSC_0592

DSC_0597 DSC_0612

DSC_0613

DSC_0617

DSC_0620

DSC_0629

Na przeciwko Sydney Opera House, znajduje się Museum of Contemporary Art. Wystawy zmieniają się co jakiś czas, ale jest jedna stała ekspozycja ze sztuką Aborygenów.

DSC_0631

DSC_0632

DSC_0633Po wyjściu, kierujemy się do najstarszej części Sydney, czyli The Rocks. To miejsce, do którego przybiły statki z pierwszymi brytyjskimi więźniami. To oni w skałach wykuli pierwsze ulice, przejścia, kanały i zbudowali domy. To tutaj umierali na dżumę, zakładali pierwsze osady i mordowali Aborygenów.

DSC_0634 DSC_0635

DSC_0636

DSC_0637Styrani, zmęczeni jak konie po westernie, bo w nogach mamy już prawie 20 kilometrów, mijamy znów Operę i docieramy do jednej z bogatszych części The Rocks.

DSC_0655

DSC_0656 DSC_0657

W którymś z tych apartamentowców mieszka Russel Crowe (tak słyszałam), ale nie udało mi się go spotkać ;) DSC_0661

świąteczne klimaty w pełnym słońcu :)

DSC_0665To drugi dzień po przylocie. Jet lag nie odpuszcza, ale jest tyle do zwiedzania, że nie ma czasu na sen.