Blog dla chcących więcej oraz gabinet pomocy psychologicznej online

EMOCJE

Penisy, których nie chciałam

28 stycznia 2020

Penisy, których nie chciałam

Tekst zainspirowany wpisem przewyjątkowej Marty. Kobieto, kocham Cię miłością wielką jak internet. I podziwiam, jak szalona.

https://www.riennahera.com/2020/01/lacza-nas-niechciane-penisy.html

Serialu „Sex Education” na Netfliksie jeszcze nie oglądałam. I trochę się waham. Netflix ma kilka takich produkcji, które są mocnymi triggerami dla wielu ludzi i czasami po prostu lepiej odpuścić. Ale tekst Marty przeczytałam na wdechu. I pomyślałam sobie… a ja…?

A ja zaczęłam dojrzewać w wieku 12 lat. Nie wiem, czy to szybko czy nie, ale zaczęło się, jak miałam 12 lat i bez względu na ocenę czasu, po prostu się to działo, a ja musiałam się zacząć w nowej rzeczywistości odnajdywać.

Najpierw urosły mi piersi. W 5 klasie podstawówki zaczęłam nosić biustonosz. Jako JEDYNA w klasie. Wyobrażacie sobie 12-letnie dziecko, które jest w szoku, bo jego ciało się szaleńczo zmienia, by się dostosować zaczyna nosić stanik i jedyne, co dostaje od otoczenia to wybuchy śmiechu i strzelanie z paska od stanika? Czasem przez bluzkę. Czasem z ręką włożoną pod, żeby „lepiej chwycić”. Albo byłam „dojną krową”. He he he. Wymiona, te sprawy. Nawet nie miałam się jak bronić. No i jak długo można chodzić po korytarzu plecami do ściany? Skąd 12-latki znają takie teksty? Jakim cudem przychodzi im do głowy, by tak się zwracać do koleżanki z klasy? Nie, nie było wtedy internetu jeszcze.

Zatem zaczęłam się obwiązywać bandażem elastycznym. Mocno. Bardzo mocno. I boleśnie. Do zsinień. Ale nareszcie, w końcu, PONOWNIE byłam „płaska”. Niestety nie zdało to egzaminu na dłużej. Piersi wciąż rosły, bieganie na w-fie było koszmarem i katorgą, a jakby tego było jeszcze mało, to zaczęły mi się zaokrąglać biodra.

W międzyczasie moi rodzice podrzucili mi książkę o dojrzewaniu, którą przeczytałam jednym tchem i pewne rzeczy mi się wyjaśniły, ale wciąż nie miałam kogo i jak zapytać, co robić, gdy urosłam, moje nogi zrobiły się długie i zgrabne, wciąż jednak miałam te 12-13 lat, a koledzy na korytarzu na mnie gwizdali, jeden pan na ulicy powiedział, że on by wiedział, co zrobić z takimi cycami (ja nie wiedziałam!), a inny, niedaleko mojego domu, gdy szłam do biblioteki, zdjął spodnie i zaczął się masturbować wpatrując się we mnie? Co wtedy powinna zrobić 13-letnia dziewczynka?

Gwiżdżą? Podobasz im się! Powinnaś się cieszyć!
Mlaskają obleśnie? Oj, no już nie przesadzaj!
Komentują Twoje piersi? No duże masz, to się przyzwyczajaj.
Krzyczą? Końskie zaloty, daj spokój.

I tak sobie powoli dojrzewałam. Zaczął się okres buntu, a ja uciekłam w ogromne tshirty, luźne bluzy, glany, wredny wyraz twarzy, odpychający charakter. Moje ciało mnie „zawiodło”. Nie było fajne. Było obleśne. Każdy mógł na nie spojrzeć i zacząć sobie wyobrażać, że je dotyka. Że „wie, co z nim zrobić”.

Z psychologii wiem, że mogłam też pójść w drugą stronę. W nadmierną seksualizację. W pokazywanie za dużo. W kuszenie. W dekolty, przygodny nastoletni seks i totalną nienawiść do siebie. Nie wydarzyło nie tak. Może to fajny, mądry chłopak, którego poznałam? Może to moja osobowość? Może to mieszanka wszystkiego. Do tej mieszanki jeszcze dopiszcie kompleksy. Brak poczucia kobiecości. Poczucie bycia wystawionym na widok publiczny, mimo ubrania się po szyję w kurtkę puchówkę. Bo „oni” wiedzą. Wiedzą, że pod spodem jest duży biust, bo się przecież opina. Że są krągłe biodra, cipka, uda. To wszystko tam jest bez względu na to, czy ja siebie lubię czy nie.

Przeszłam długą drogę, by odzyskać swoje ciało dla siebie. By poczuć się kobietą, ale przede wszystkim polubić siebie właśnie taką. Mój biust nadal zwraca uwagę. Jest duży i ciężki, ale przecież nie jestem w stanie go zdjąć i zostawić w domu, gdy idę do pracy. No to się polubiliśmy. Dbam o niego i ubieram tak, jak chcę. To moje ciało i moje decyzje z nim związane są wiążące i najważniejsze.

Pokazuję nogi. Ubieram się jak, lubię i oczywiście czasem czuję się gorzej, ale nie tonę w za dużych bluzach albo w dresie, bo się wstydzę. Nie, nie wstydzę się. To nie ja powinnam się wstydzić, bo nie robię nic złego. Jestem. Żyję. Istnieję. Kocham. Pomagam. Jestem kobietą. Jestem sobą. Moniką.

Ale wiecie co? To nie oznacza, że te niechciane penisy nie próbują mi się wepchnąć do głowy. Bo próbują. W Australii mniej, niż w Polsce, przyznaję, ale powrót z pracy o 21.00 do domu mnie stresuje. Kocham swoją pracę i kocham wieczorne zmiany, ale te 40 minut powrotu sprawia, że mój poziom stresu szybuje. Nie ma wtedy mowy o tym, żebym czytała książkę w pociągu albo, nie daj boże, miała słuchawki w uszach. Gdy wiem, że mam wieczorną zmianę, nie założę sukienki. Zero dekoltu. Wygodne buty.

Bo nie raz zostałam zaczepiona. Bo kiedyś usłyszałam, że jestem piękna i ktoś mnie obserwuje od stacji, na której wsiadłam. Bo jakiś facet pyta, czy może mnie odprowadzić pod drzwi domu, bo „taka seksowna kobieta, jak pani, nie powinna chodzić sama nocą”.

I mogę być pewna siebie, pyskata, asertywna jak diabli, stawiać granice jak nikt nigdy nie stawiał, ale czy to kogoś obchodzi? Czy pan „odprowadzacz” w ogóle usłyszał moje „nie jestem zainteresowana”? Wątpię. Tzn. gdyby moje sutki potrafiły mówić, to może, ale ust to nawet nie widział. Nie wiem czy by zauważył, gdybym nie miała głowy.

Jestem dorosłą kobietą, a takie sytuacje mnie paraliżują. Ja absolutnie zamieram. Społeczeństwo, w którym się wychowywałam wmówiło mi, że dziewczynki są miłe, że się na wszystko zgadzają, że są posłuszne. Że jakbym powiedziała panu w pociągu „spierdalaj chuju” (wybaczcie), to on mógłby mnie skrzywdzić. Że nie mogę nikogo denerwować. Że mam siedzieć cichutko jak myszka i tylko kiwać głową, ewentualnie uronić kilka łez.

A potem udaje mi się jakoś wywinąć, pobiec do toalety na stacji albo do kogoś z obsługi, wracam do domu i najpierw zaczynam płakać. Na silny stres reaguję łzami. Nie jest mi wtedy smutno czy przykro. To po prostu stres i frustracja. Leci kilka łez, a potem umysł wraca na własne tory i działa zadaniowo.

We łzach jeszcze idę pod prysznic i szoruję skórę do czerwoności, bo jestem… brudna. Zbrukana. Winna. Bo mam czelność mieć cycki. Bo jestem kobietą. Bo jestem „słabszą płcią”. Bo ktoś kiedyś powiedział, że „boys will be boys”.

Nie chcę ochrony. Nie chcę musieć potrzebować ochrony, bo „nie powinnam chodzić sama”. To ty, palancie, nie powinieneś zaczepiać kobiet! To ty nie powinieneś w ogóle pomyśleć o obcej kobiecie w pociągu, jak o obiekcie seksualnym, do którego masz jakiekolwiek prawa! To ty masz problem kolego, nie ja. Ale to ja muszę się bać.

Uczymy dziewczynki i kobiety, że się nie ubierały wyzywająco, pilnowały drinków w klubie, nie chodziły wieczorami po podejrzanych ulicach. I oczywistym jest, że choćby każda z nas szła nago i była pijana w sztok, to NIKT nie ma prawa nas dotknąć bez naszej zgody. Wiemy to i chcemy w to wierzyć, ale pilnujemy tego cholernego drinka, bo jakiś palant nie wie, że się nie gwałci. Jeśli masz zaburzenia popędu, znajdź pomoc i ciesz się fajnym życiem seksualnym. Jeśli masz potrzebę pokazania swojej władzy nad kobietą, to zastanów się, co takiego kobiety ci zrobiły, a ostatecznie zainteresuj się BDSM ZA ZGODĄ.

Uczmy chłopców, tak już chłopców, że gwałt to zło, że przemoc jest zła, ale uczmy też obserwacji otoczenia. I to bardzo uważnej. Niech się rozglądają po pociągach i gdyby trzeba było, pomogą dziewczynie, którą obłapia jakiś oblech, a ona płacze. Niech zerkają czy wszystko jest ok wśród ich przyjaciółek. Bo nas naprawdę może sparaliżować. A czasami jeden uśmiech czy kiwnięcie głową, może uratować życie.

Jeśli macie córki, obojętnie w jakim wieku. Porozmawiajcie z nimi. Błagam. Dowiecie się o tym, co się dzieje, potwierdzicie, że Wasza córka nie ma się absolutnie czego wstydzić, że gwizdy i klepanie po pupie nie jest jej winą. I nawet jeśli nie uda się tego zgłosić na policję (a warto spróbować), to dacie jej przestrzeń do tego, by czuła się bezpieczna i mogła się wygadać. I prawdopodobnie wypłakać. Bo my, 12-letnie dziewczynki, naprawdę nie wiemy, co robić, gdy ktoś nas molestuje.

Nie chcę tych wszystkich penisów dookoła. Nie interesują mnie, a wpychanie mi ich na siłę sprawia, że czuję obrzydzenie do siebie i świata. Chcę jednego. Za moją (i jego) zgodą. Nie chcę, by wszystkie kobiety na tym świecie łączył penis. I to jeszcze taki, którego absolutnie nie chcą! Chcę odzyskać siebie i swoje ciało. Chcę przestać się bać.


    Jeśli borykasz się z problemami natury psychicznej, czujesz się wypalony/a, cierpisz na depresję, masz dosyć tkwienia w jednym miejscu albo szukasz porady - dobrze trfiłeś/aś! Pierwsza sesja gratis. Odezwij się! Odwiedź: WWW.PSYCHOLOG-POMAGA.PL Lub napisz bezpośrednio: psycholog.kotlarek@gmail.com