To nie jest śmieszne

Wyobraź sobie teraz, że czytasz fragment książki, której bohaterka jest chora. Wiele jest takich książek, prawda? Książek i filmów, w których chorobę się gloryfikuje. W takim razie dlaczego osoby leczące się psychiatrycznie są u nas tak często obiektem kpin i żartów? Przecież choroba psychiczna to choroba jak każda inna, a bycie chorym nie jest śmieszne. Chciał(a)byś znać dalszy ciąg tej historii?


Wstęp

Mam na imię Magda i 39 lat. Dwa lata temu zaczęłam mieć problemy w pracy. Było bardzo źle a ja w ogóle nie czułam że chcę odejść. Nawet wtedy gdy osoba, o której myślałam że jest po mojej stronie zaczęła być nieprzyjemna a ja zaczęłam mieć ataki paniki.

To co robiłam było dla mnie ważne, myślałam też że w końcu się poprawi. To wystarczyło aby trwać, jakbym była na posterunku. Niedawno uświadomiłam sobie że ja po prostu nie mam odruchu ucieczki. Odeszłam dopiero gdy zrozumiałam, że jeśli tego nie zrobię to będą szukać pretekstu by się mnie pozbyć. Nawet wtedy nie czułam jednak wewnętrznej potrzeby by odejść. Złożyłam pozew do sądu pracy i naprawdę myślałam że dam radę.

To wszystko wydarzyło się naprawdę, nie mówcie mi że to początek choroby. Dopiero później, gdy było mi naprawdę źle mój mózg wytworzył alternatywną rzeczywistość, grę w której by wygrać musiałam uciekać. Uciekłam tam gdzie czułam się bezpiecznie, do rodzinnego domu.

Rozwinięcie

Stoimy na dworcu Kraków Główny. Za chwilę pociąg zabierze Johna w stronę lotniska.

  • Nie napiszę do ciebie – mówię.
  • Ok – odpowiada.
  • Napiszę trochę później – uściślam.
  • Ok – zgadza się. Nie potrafię stwierdzić czy jest mu przykro czy raczej czuje ulgę że te wakacje już się skończyły.
  • Przepraszam – mówię.
  • Za co?
  • Za moje humory.
  • No, Magda – mówi z mocą. – Nie przepraszaj za to że jesteś chora.

Przez myśl przechodzi mi słowo compassion, po naszemu współczucie. – Pójdę już – mówię całując go delikatnie w usta. Oddaje pocałunek. Chciałam dodać że wciąż go kocham ale obiecałam sobie że zawsze będę wobec niego szczera, nie mówię więc nic. Nie wiem już jak czuć miłość, wiem tylko jak czuć ból.

Mój pociąg podjeżdża pół godziny później. Jest prawie pusty mogę więc nie niepokojona rozmyślać o kolejnych sposobach zakończenia swojego życia. Chciałabym żeby było mi ciepło i żeby nie bolało ale jestem gotowa na kompromis. W busie z dworca kierowca opowiada jak dwa dni temu jego sąsiad powiesił się na pasku od spodni. To też byłoby jakieś rozwiązanie.

W domu mama pyta jak było w Krakowie. Dobrze, odpowiadam, tylko zimno. No ale w końcu mamy grudzień. Uśmiecha się. Cały czas ostatnio się uśmiecha, nawet wtedy gdy mówiła że cała wieś już wie że zachorowałam. Zachorowałam… ciekawe co miała na myśli. Czy to jak we wrześniu w czasie mszy biegłam przez nawę kościoła? Ludzie we wsi nic więcej przecież nie widzieli.

  • Wycofałam sprawę z sądu pracy – mówię. – Tak jak John sugerował.
  • To dobrze – mama znów się uśmiecha choć jeszcze tydzień temu zapierała się by walczyć do upadłego.

A może do upadłego to właśnie teraz tylko ja znów tego nie czuję?

Wieczorem zbieram się na jeszcze jedną dojrzałą decyzję. – Zadzwoń po pogotowie – proszę. – Bo jak znów nie będę mogła w nocy spać to chyba się zabiję. Czy myśli samobójcze to część mojej choroby czy może po prostu zbyt dużo się wydarzyło? – Więc te napady paniki to od trzech tygodni i dopiero teraz wzywacie państwo pogotowie? – z kąśliwą podejrzliwością pyta ratownik medyczny. Jestem pewna że gdybym wezwała karetkę za pierwszym razem to uznałby że dramatyzuję. Pyta co w takim razie powstrzymuje mnie przed samobójstwem. Mama siedzi obok i słucha każdego słowa. – Boję się że mi się nie uda za pierwszym razem i tylko uszkodzę wątrobę albo coś. I później wszyscy zaczną mnie pilnować więc będę musiała żyć z taką uszkodzoną wątrobą.

Jazda karetką trwa nie więcej niż dziesięć minut. Później izba przyjęć – lekkie zdziwienie, muszę oddać do depozytu ładowarkę do telefonu, pewnie żeby nikt nie mógł udusić się kablem.

W mojej karcie ląduje wpis: schizofrenia. – Ale jak to? – protestuję. – Pani doktor z przychodni mówiła że jednorazowe zaburzenia to jeszcze nie schizofrenia. – Miała pani halucynacje – odpowiada pani doktor. – W takim razie zawsze istnieje prawdopodobieństwo że one się powtórzą. Wzdycham. Może gdyby mój instynkt kazał mi uciekać dużo wcześniej, nie byłoby żadnych halucynacji.

Oddział psychiatryczny jest surowy, nieprzyjemny. Za dużo świateł i dźwięków. Za dużo ludzi przechadzających się z kąta w kąt. Ogromne okna bez żaluzji wpuszczają poświatę z ulicy a jedyne wolne łóżko stało na środku sali podczas gdy ja wolałabym leżeć przy ścianie. A mimo to czuję się tu dziwnie bezpiecznie.

Dostaję tabletkę na uspokojenie i idę spać. Przed zaśnięciem myślę o mieszkaniu, które zostawiłam w UK.

Zakończenie

Jeszcze nie zostało napisane.

Ps. Imię bohaterki jest jak najbardziej prawdziwe.

Autorka – Magdalena Regula